Wokalistce Martynie Biłogan zależało na tym, aby album był mieszanką kultur i ludzkich namiętności. Jej folkowa muzyka wydaje się nie z tego świata. Pewnie też dlatego Erith często słyszy, że porusza się i wygląda jak postać wyjęta z kultowego już filmu "Avatar". Dzięki temu, że na płycie mamy de facto utwory, które powstawały i pojawiały się przez lata, całość jest niesamowitą podróżą przez różne, ważne momenty życia wokalistki. Wszystkie kawałki są dopracowane z niezwykłym pietyzmem oraz starannością po to, aby spójnie stanowiły jedną całość, ale jednocześnie pozostawały odrębnymi historiami. To bez wątpienia duże osiągnięcie i działanie dość nietypowe na rodzimym rynku muzycznym. Zresztą Erith od początku swojej działalności muzycznej mocno wyróżniała się na tle gwiazd i gwiazdeczek polskiego firmamentu. Album jest długi jak na obecnie obowiązujące standardy, ponieważ ma ponad sześćdziesiąt minut, ale nic w nim nie jest przypadkowe ani zamieszczone na siłę. Kosmiczne dźwięki wyczarowane przez Martynę absorbują uwagę i ani przez moment nie męczą. Niezależnie czy używa własnego głosu, syntezatora czy laptopa są one autentyczne i mają w sobie jakąś niczym nieokiełznaną magię, której trudno szukać we współczesnych wydawnictwach muzycznych. Zdecydowanie warto poznać tę płytę bliżej i wejść w ten świat. Obiecujemy, że nie będziecie się w nim nudzić nawet przez moment.